Portret adwokata

Prowadziłem kiedyś sprawę młodemu artyście plastykowi. Sprawy nie pamiętam. Musiała być drobna a chłopak był pewnie jeszcze studentem, bo przyjąłem sprawę ad honoram, co w swojej praktyce czyniłem nader rzadko. Nie pamiętam nawet imienia i nazwiska tego klienta. W każdym razie był ambitny, bo gdy go poinformowałem, że nie będzie musiał płacić za przeprowadzenie sprawy, zaproponował, że w zamian namaluje mój portret.

– Nie taki ze zdjęcia, Panie Mecenasie, taki prawdziwy.

Trochę mnie ta propozycja ubawiła. A że w tamtych latach moja kancelaria należała do większych w mieście i czasu specjalnie nie miałem na duperele, odpowiedziałem, że to raczej nie będzie możliwe, bo ja czasu na pozowanie nie mam, zresztą czasy już nie te, żeby sobie portrety malowane z natury sprawiać.

Ale chłopak był uparty. I rzeczywiście ambitny. Zaczął przychodzić do kancelarii ze szkicownikiem i z przepraszającą miną pytał czy może sobie trochę poszkicować. Siadał w sekretariacie, rysował i konsekwentnie odmawiał pokazania swoich szkiców. Niekiedy prosił abym pozwolił mu szkicować w gabinecie. Jeśli akurat nie miałem klientów pozwalałem. Trwała ta zabawa około miesiąca. No, nie codziennie. Ale kilka razy w tygodniu przychodził. Przyzwyczaiłem się do jego obecności. Aż pewnego dnia zniknął.

Po jakimś czasie, wychodząc z kancelarii minąłem się z kimś kto taszczył po schodach na piętro skrzętnie zapakowany w papier i zabezpieczony sznurem obraz; tak wielki że całkowicie przysłaniał niosącego. Przemknęło mi przez myśl, że to może być ów obiecany portret ale spiesząc się nawet się nie zatrzymałem. Minąłem się z obrazem.

Myśl, że być może ów zapomniany już klient przyniósł do kancelarii obiecany portret nie dawała mi spokoju. Wieczorem wróciłem. W kancelarii nie było już nikogo. Pusto. Przez chwilę refleksji pomyślałem jak rzadko bywam we własnej kancelarii sam. Przychodzę kiedy sekretariat funkcjonuje już na pełnych obrotach, dostaję rozpiskę dnia. Po kawie narada z aplikantami, plan dnia, podział zadań, klienci i rozprawy. Wychodzę zawsze pierwszy.

Wszedłem do gabinetu. I on tam wisiał. Mój portret. Prawdę mówiąc ani się zastanawiałem czy malarsko dobry czy zły, czy oddaje podobieństwo, mój charakter. Trzeba było coś z tym zrobić. Przecież gdyby klienci – a tym bardziej koledzy adwokaci – zobaczyli, że powiesiłem sobie w gabinecie własny portret, rozeszła by się od razu opinia, że mi kompletnie odbiło. A oczyma wyobraźni widziałem złośliwy uśmiech moich aplikantów, jak wieszają przyniesiony przez klienta portret w moim gabinecie. Potężny. Naturalnej wielkości. W ciężkich, chociaż gustownych ramach. Obraz był tak duży, że w żaden sposób nie zmieściłby się do mojego samochodu. Niewiele myśląc zamówiłem bagażówkę i odtransportowałem obraz do domu.

No i ponownie problem. Mam w domu wiele obrazów. Po prostu nie było miejsca aby ten portret gdziekolwiek powiesić. Zresztą, efekt mógł być taki sam jakby portret wisiał w kancelarii w gabinecie. W końcu rozniosłoby się, że mam szplina. Po wielu przymiarkach portret zawisł nad schodami między dzienną a prywatną częścią naszego domu. Był mało widoczny dla gości ale w miarę dobrze wyeksponowany aby można go było wybranym pokazać. Ku mojemu zdumieniu obraz spodobał się bardzo moim – będącym wówczas w wieku przedszkolnym – synom. Doszło między nimi nawet do swoistego podziału majątku.
– Fajny ten twój portret Tata – powiedział starszy; a po chwili z dziecięcą szczerością zapytał: – Czy jak Ty umarniesz to będzie mój ?
– Będzie twój – odpowiedziałem rozbawiony.
Na to, zza pleców starszego syna wychylił się młodszy i ze stanowczością nie znoszącą sprzeciwu, celując palcem w kierunku obrazu, oświadczył:
A moje to pióro !


zamknij

Wstyd przyznać ale po latach naprawdę nie pamiętam nazwiska Autora. Obraz jest sygnowany nieczytelnie. Autora przepraszam. Ale gdyby przez przypadek rozpoznał swój obraz albo gdyby któryś z poznańskich artystów plastyków rozpoznał rękę Autora, proszę o informację

Jerzy Marcin Majewski
„Wspomnienia”