Było sobie prawo

Z wielką przyjemnością publikujemy teksty, które dotyczą pozazawodowej działalności adwokatów. Chociaż w tym wypadku twórczość Mecenasa Roberta Dopierały ściśle związana jest z wykonywanym zawodem. Niemniej  jakże pożyteczna i miła. – (jmm)

Co łączy gliwickiego adwokata z Janem Brzechwą? Wykształcenie prawnicze i twórczość dla dzieci. Z tą różnicą, że mecenas z Gliwic tworzy wiersze o tematyce… prawnej.

W kancelarii przy ul. Korfantego w Gliwicach powstają nie tylko pisma procesowe, pozwy, apelacje, sądowe wnioski. Tu rodzą się i realizują również pomysły na edukację, która z dzieci ma uczynić świadomych swoich praw obywateli.

Z mecenasem Robertem Dopierałą, współzałożycielem Fundacji „Było Sobie Prawo.pl” oraz autorem wierszy o prawie dla dzieci rozmawia Marysia Sławańska.  

Było sobie prawo… Coś mi to przypomina… Było sobie życie?

Nazwa naszej fundacji ma nawiązywać do dobrze kojarzącej się każdemu bajki edukacyjnej o organizmie człowieka. Ja ją oglądałem, a teraz puszczam swoim dzieciom. Dzięki niej wiedzą, że trzeba myć zęby, bo inaczej bakterie zrobią w nich dziury kilofami.

I założył pan fundację, która ma edukować podobnie, ale w dziedzinie prawa.

Założycieli jest czworo. Moi wspólnicy – radcy prawni Michał Domański i Marcin Podraza oraz moja żona, która, jak ja, jest adwokatem. A pomysł, w istocie, mój. To wynik pewnych obserwacji. Otóż, proszę zauważyć, w polskich szkołach uczy się wszystkiego, ale nawet na przedmiocie „wiedza o społeczeństwie” nie mówi się o prawie. Jaki tego efekt? Opowiem pewną anegdotkę. Mój kolega ze studiów uczył kiedyś w szkole policealnej. Na egzaminie padło pytanie o osobę fizyczną i prawną. Dorośli ludzie odpowiedzieli, że ta pierwsza to osoba, która pracuje fizycznie, a druga to prawnik…

Nasze społeczeństwo nie ma więc podstawowej wiedzy w tej dziedzinie, a przecież prawo otacza nas zewsząd. Kupuję bilet, zawieram umowę przewozu, prawda? 

Owszem. Całe nasze życie regulowane jest prawem, już od poczęcia. Dobrze więc byłoby, gdyby człowiek, wchodząc w dorosłość, miał przynajmniej tę minimalną prawną świadomość, by pewne pojęcia nie były dla niego obce. W Polsce próbuje się wprawdzie tworzyć punkty bezpłatnych porad, robi się jakieś jednorazowe akcje typu „pomoc tym”, „pomoc tamtym”, są adwokaci działający pro publico bono, ale nikt nie prowadzi żadnych działań edukacyjnych.

Chce pan, mecenasie, z Polaków zrobić prawników?

Absolutnie nie! Nie o to chodzi. Poza tym prawo jest dziś tak złożone, że nawet prawnicy specjalizują się tylko w danych dziedzinach. Ja chcę, by ludzie poznali podstawy, choćby te czysto językowe, aby byli oswojeni z pewnymi pojęciami, by nie czuli się zagubieni w urzędach. Jesteśmy przecież obeznani z podstawami działania układu pokarmowego, bo nauczono nas ich w szkole na lekcji biologii. Dlaczego podobnie nie może być z prawem?

Ten pomysł mi się podoba. Gdyby w szkołach uczono podstaw prawa, być może nie byłoby tylu osób podpisujących niezrozumiałe dla siebie umowy.  

Ba! Trzeba przede wszystkim wiedzieć, że należy umowy w ogóle przeczytać. To nie jest tak, że coś tam sobie podpiszemy, a potem tłumaczymy, że nie wiedzieliśmy, bo nie przeczytaliśmy. Nieznajomość prawa szkodzi. Problem w tym, że ludzie nabierają pewnej świadomości dopiero wtedy, gdy jest za późno, gdy stają przed problemem: coś podpisali, czegoś nie zrobili, dostają nakaz zapłaty. Podam przykład: wiele osób nie odbiera korespondencji, sądząc, że dla adresata oznacza to, że ich po prostu nie ma. Bzdura. Istnieją funkcje doręczenia zastępczego. Jeśli twój adres jest prawidłowy, a ty nie odebrałeś, lecą ci terminy. To są takie prozaiczne, bardzo proste rzeczy, które warto wiedzieć, by nie wpaść w kłopoty.

Każdy człowiek powinien mieć jakiekolwiek wyobrażenie o świecie i jego funkcjonowaniu, pewną wiedzę ogólną, prawda? Po to czytamy książki, uczymy się historii czy geografii. A ponieważ, jak już powiedziałem, bardzo istotnym elementem życia, jeśli chodzi o konsekwencje naszych decyzji i czynności, jest prawo, to w tym kierunku też powinniśmy się edukować.

I to był punkt wyjścia dla fundacji, która ma działać w internecie oraz „realu”. Zamierzacie spotykać się z dziećmi w szkołach, przedszkolach?

Początkowo chciałem podzielić działanie fundacji na trzy segmenty. „Było Sobie Prawo.pl” miało służyć wyłącznie edukacji dzieci. Potem portal dla młodzieży oraz portal ogólny. Ale ten pomysł chyba za długo istniał wyłącznie w mojej głowie, a i zajęcia zawodowe czy rodzinne spowodowały, że musiał zejść na plan dalszy. Szczerze? To pani, pytając o moje wierszyki, zmobilizowała mnie, by zacząć realizować pomysł z „Było sobie prawo”. Może to Pani nawet w tym wywiadzie napisać (śmiech).

Ruszamy więc na razie z „Było Sobie Prawo.pl”, projektem adresowanym do dzieci w wieku szkolnym i przedszkolnym. A punktem wyjścia są właśnie te moje wierszyki.

Wie pan, mecenasie, że słynny poeta piszący dla dzieci, Jan Brzechwa, też był prawnikiem? Jest więc pan takim gliwickim Brzechwą. Tylko pańskie wiersze nastawione są na edukację prawną. 

Wierszyki dla dzieci piszę od ponad roku. Teraz będą je wrzucał na profil fundacji na Facebooku – właśnie go uruchamiamy. Ale chcemy, oczywiście, iść dalej. Naturalną konsekwencją działania w Sieci jest działanie w świecie realnym. Chodzi o wspomniane przez panią spotkania w szkołach i przedszkolach. Zaznaczam: nie chodzi o uczenie dzieci prawa, lecz oswajanie z tematyką, z którą będą miały wiele wspólnego w życiu dorosłym.

Wierzę głęboko, że jeśli dziecku, obok „Lokomotywy” Tuwima, przeczytamy wiersz dotyczący prawa, to ono osłucha się z terminologią. Napisałem na przykład taki króciutki utwór „Poszedł Olek bułki kupić”. Dzięki niemu każdy maluch dowie się, co to jest zawarcie umowy między nim a sprzedawcą w sklepie.

Z innych dowie się, dlaczego nie wolno robić krzywdy koledze, co to jest kradzież i co się stanie, gdy zabierze się czyjąś rzecz. Dziecko, które pozna podstawy, będzie inaczej podchodziło do prawa, gdy dorośnie. 

Zależy mi też na tym, by ludzie wiedzieli, że czerwony żabot przy todze to prokurator, a zielony – adwokat, że do sądu mówi się „wysoki sądzie”, a nie „proszę pana”, że na rozprawę nie przychodzimy w krótkich spodenkach, ale w stroju odpowiednim do powagi sytuacji. Takie podstawy, których wiele młodych ludzi dziś nie zna.

Fundacja „Było Sobie Prawo.pl” chce więc kształtować kulturę?

Tak, marzy nam się taka zwykła kultura. Chcemy uczyć szacunku do osób starszych, państwa, instytucji. Chcielibyśmy zakorzenić w ludziach takie myślenie: idę do sądu, mogę tam wygrać, mogę przegrać, ale muszę uszanować jego wyrok.

Ma pan dwóch synów. To z myślą o nich postanowił pan pisać?

Czytam im bajki, wiersze i pomyślałem, że fajnie byłoby przemycić podczas tego czytania jakąś prostą wiedzę prawniczą. Choć, muszę przyznać, moje dzieci siłą rzeczy prawem są przesiąknięte, mają przecież rodziców adwokatów. Trzyletni syn mówi na przykład, że w święta mama z tatą będą musieli pojechać do kancelarii, by napisać apelację. On oczywiście nie wie, co to znaczy, ale używa tego słowa. Piszę więc z myślą o swoich dzieciach, ale przede wszystkim o tych, które nie mają okazji z prawem się zapoznać.

W logo waszej fundacji są dzieci. W togach – adwokata i prokuratora.

Tak, to właśnie moi synowie. Pięcioletni Antoni oraz trzyletni Aleksander.

Wiersze zostaną wydane?

Myślę o tym. Ale chciałbym też wydać opowieści dla dzieci, oczywiście z prawem w tle. Zacząłem już nawet pisać takie krótkie historyjki w formie prozy. Występują w nich bohaterowie, których pierwowzorami są dzieci moje i moich wspólników. Mają charakterystyczne imiona, na przykład Bąbel czy Pututek, pochodzące od naszych zawołań dzieci lub naśladujące ich mowę. Marzy mi się, by te historyjki były zilustrowane. Wpadł mi też do głowy pomysł, aby na ich podstawie powstały maskotki w togach. Planów więc sporo. Ale na razie ruszamy z Fundacją „Było Sobie Prawo.pl”.

Robert Dopierała

ZAWIŁOŚCI PRAWA

Trudno jest doprawdy, moje drogie dzieci małe,
Wytłumaczyć jednym wierszem zawiłości prawa całe.
Są pytania bardzo ważne, moje małe Misie,
Ot, na przykład: czy Po-zwany jest Teletubisiem?

I czy prawo, aby zawsze, po prawej stronie staje?
Jakie wymiary ma wymiar sprawiedliwości? Jak się Wam wydaje?
Czy ustawa ma usta, a płacz dwojga to Par-lament?
Wszystkie te pytania sieją wielki zamęt.

No i dalej:

Czy do-wody powołując, wołam do kąpieli?
Czy trójpodział władzy każe się tą władzą dzielić?
Czy możemy ugotować coś z przepisu prawa?
Ważna sprawa! Trzeba wiedzieć, ile w prawie prawa.

Później inne, jak na przykład, ot, znów jedno z wielu:

Czy umowa jest gumowa, no i kiedy apelacja staje do apelu?
Ilu prawników jest na trawnikach, a ilu w prawnukach?
Czy naprawdę wszystko wiemy o tych w prawie lukach?
Jak to jest, że powód musi mieć powody,
Żeby w sądzie, jak w teatrze, przedstawiać dowody?
Czy w sądzie, jak w sadzie, można znaleźć śliwy?
I czy każdy jeden sędzia zawsze jest sędziwy?

Kiedy prawy prawnik prawie prawdę prawi?
Czy w każdym warsztacie prawo się naprawi?
Czy, gdy wyrok się „dostaje”, jest zapakowany?
Znaleźć na to odpowiedzi – problem dobrze znany.

Jeszcze inna kwestia ważna, ważna choć już stara:

Czy naprawdę oskar-żona żoną jest Oskara?
I czy doktor prawa jest, by prawo leczyć?
A adwokat, jak papuga, bardzo głośno skrzeczy?

I choć odpowiedzieć na to jest dość trudno,
Jedno obiecuję: nie będzie nam nudno.

POSZEDŁ OLEK BUŁKI KUPIĆ

Spytał Olek się raz taty, bo zachodził w głowę:
„Czy jak idę kupić bułki, zawieram umowę?”.

„W rzeczy samej!” – odrzekł tata, będąc z synka dumny,
Że choć taki z niego maluch, to już tak rozumny.

„Nawet kiedy bułkę małą w sklepie więc kupujesz,
Prawo umów w pełnej krasie, syneczku, stosujesz.

Jedna strona tej umowy, kiedy bułkę da ci,
To Ty swoim obowiązkiem musisz jej zapłacić.

Tak to właśnie rodzi się zobowiązanie,
Mimo że poszedłeś tylko kupić swe śniadanie.”

 

Źródło: Nowiny Gliwickie

Wpisy oznaczone jako red. są wpisami redakcyjnymi.